Patrząc na sprawę bardzo ogólnie, to walka bokserska dwóch znakomitych wojowników nigdy nie może być z góry pewna. Właśnie to w boksie jest piękne, że czasami wystarczy mały błąd i możemy leżeć na deskach. Nie możemy więc całkowicie przekreślać Conora McGregora, któremu należy się szacunek za ogromną wiarę w siebie i swoje umiejętności. Istnieje duża szansa, że nawet jeśli walkę przegra, to pokaże prawdziwe serce i ducha walki, a to przecież kibice kochają najbardziej?

Ciekawostką jest też fakt, że James Figg, uważany za twórcę współczesnego pięściarstwa, w 1718 roku rozpoznawany był w Londynie jako wszechstronny atleta, zręczny zapaśnik i doskonały szermierz, a także wybitny specjalista w walce na maczugi, uprawianej przez lud angielski do końca XVI wieku. Kiedy do swojej walki zapaśniczej zaczął dodawać nowe elementy, czyli uderzenia pięścią w głowę i tułów, to przy swojej zręczności i szybkiej orientacji stał się przeciwnikiem nie do pokonania. W 1719 roku po 15 bezapelacyjnie wygranych walkach, ogłosił się czempionem i rzucił wyzwanie wszystkim, którzy chcieliby spróbować swoich sił. Nikt nie był w stanie zagrozić Figgowi. Nabytą wiedzą chętnie dzielił się z innymi, a szczególnie ze swoimi uczniami w „Figg’s Academy for Boxing”. 

Chcąc nie chcąc, możemy zatem spojrzeć na walkę McGregora z Mayweatherem z bardzo ciekawej strony. Mimo, że Figg nie był oczywiście bokserem w obecnym tego słowa znaczeniu, swoją działalnością wprowadził do Anglii pięściarstwo, które zaczęto następnie rozwijać. Tak właśnie został on ojcem nowożytnego boksu. 

Czy zatem Conor McGregor, który też nie jest bokserem, ale z pewnością jest prawdziwym wojownikiem, rzeczywiście nie ma jakichkolwiek szans w walce z Mayweatherem?